top of page
słoń logo_edited.png

Jak przetrwać/wytrzymać „czwartą falę”

Jestem sobie przedszkolaczek, nie narzekam i nie płaczę, kto jest

beksą i mazgajem, ten się do nas nie nadaje.



Oprócz odporności immunologicznej coraz ważniejsza w tym „chorym”, zawirusowanym świecie staje się odporność psychiczna. Żeby nie dać się frustracji, dołującym myślom, zamykaniu się w sobie. Żeby rosnąć mimo narastających przeciwieństw.

Jak nabywać tą tak potrzebną prężność, wewnętrzną siłę i czy to w ogóle jest dzisiaj możliwe? Jest – jeśli świadomie i rozsądnie przestaniemy się bać zagrożeń i polubimy opuszczanie strefy komfortu, przynajmniej od czasu do czasu. Co nie jest łatwe, w świecie nastawionym na luksus, nadmiar, wygodę i dostatek wszystkiego. Rzecz jest jednak prostsza, niż nam się wydaje.


Co trzeba robić? Nauczyć się rezygnować z nadmiernych wygód, pokonywać przeszkody,

kształcić samodyscyplinę i nie uciekać od naturalnego stresu i prawdy, że życie czasem musi zaboleć. Wiedzieć, że porażki, niepowodzenia, ból, zmęczenie to nie koniec świata, tylko zwykłe składowe życia. Uciekając od nich, nie doświadczając trudów, przeciwności – tracimy odporność. Najgorsze jest narzekanie, dysproporcja między skalą i intensywnością zmartwień, a realnym powodem. Że może się trochę zmęczysz, spocisz, może zaziębisz, że sklep mi zamknęli i bułeczek nie będzie ma śniadanie, żeś się przewrócił, nie ma telewizora w pokoju hotelowym, że samochód się popsuł i musisz dygać na piechotę,, i to - Boże! - cały kilometr...


Psychologowie radzą aby ćwiczyć się w umysłowej elastyczności, pozwalającej wymyślać

rozwiązania i znajdywać drogi wyjścia z trudnych sytuacji. Po prostu. Myśleć nie tyle pozytywnie, co mieć pozytywne nastawienie, które zawsze wiąże się z działaniem i nadzieją, że to co trudne minie. I żeby nawiązywać kontakty, dbać o wspierające, pomocne relacje. Żeby się nie zamykać, kiedy czas trudny, rozmawiać z ludźmi o kłopotach,

o traumie, martwić się wspólnie, płakać, ale i pocieszać nawzajem.




Takie wewnętrzne hartowanie naprawdę wiele daje. Powtórzę - celowe aplikowanie sobie

pewnego dyskomfortu, lub przynajmniej nie unikanie go, jeśli się zdarzy.

Doskonałym trenerem w tym względzie jest Natura, zwłaszcza jakiś wysiłek na łonie przyrody, ruch, ćwiczenia fizyczne. Wcale nie potrzeba siłowni, wystarczy spacer, umiarkowanie bieganie, rower – może nawet w deszczu, a co! - byle regularnie i przynajmniej pół godziny dziennie.


I najlepiej wspólnie, z przyjaciółmi lub kimś bliskim, bo wydzielająca się dzięki temu oksytocyna uspokoi i rozluźni. Sam ruch to poza wszystkim więcej endorfin, hormonów podnoszących nastrój, ulubione ćwiczenia – to więcej adrenaliny i rozładowanie stresu,

a pokonywanie trudności to dopamina, dająca poczucie sukcesu. Więc nie siedź!

Nie wyleguj się. Ruch – nawet w domu, przy otwartym oknie, jest potrzebny także naszej

psychice, nie tylko mięśniom. I nie odkładaj tego na jutro. I dawaj sobie, jak by co, jakąś nagrodę, bo to zawsze motywuje, tylko nie za byle co. Nie od razu deser za marne pół godziny wysiłku. Moją nagrodą jest „kąpiel w serotoninie” – hormonie szczęścia; dają mi ją relaks, krótkie drzemki w ciągu dnia, a w nocy długi, spokojny sen.

Co jeszcze warto robić? Co nas wzmocni? Ustalać, na co mamy wpływ. Co możemy mieć pod kontrolą. Pada deszcz, polityk zaproponował coś głupiego, dopadło mnie jakieś choróbsko – cóż, tak bywa, tak się zdarza. Niewiele na to można poradzić. Ale mamy wpływ na nastrój, na wysiłek i pracę, na to z kim spędzę czas albo na co go poświęcę. Mamy wpływ na własne myśli, na sądy i oceny, które mogą dołować lub dodawać sił i energii.


Godne polecenia jest tu duńskie hygge - styl myślenia pozwalający znaleźć pozytywy w najcięższej sytuacji i przypominanie sobie rzeczy dobrych, fajnych z przeszłości, dających nadzieję, że jak kiedyś coś się udało, dałem radę, to pewnie i teraz też tak będzie. Warto też pisać pamiętnik – opisywać, dla samego siebie, swoje przeżycia, myśli, swoje zachowanie, trudności i kłopoty. Łatwiej je wtedy zrozumieć i im zaradzić, łatwiej polubić siebie.

I wreszcie życie tu i teraz. Hic et nunc. Wyciskanie z każdej chwili jak najwięcej dobra, powodów do zadowolenia, szczęścia nawet. Da się. Doskonalenie samokontroli, praca nad sobą, nad własnym rozwojem, dbałość o siebie. Lockdown, kwarantanna – może przyjdą, może nie. Czy trzeba na nie czekać, żeby (wreszcie) zająć się sobą?


Marek Szurawski


PS. Do napisania tego tekstu skłonił mnie artykuł dr. Iwony Sikorskiej, w miesięczniku „Pani”, wrzesień'21. Polecam.

340 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Comments


bottom of page